Kamienie

Największe złudzenie, psychoterapia kraków, dobry terapeuta kraków, terapia gestalt

Nie jestem pewien, czego właściwie szukam, w Czarnobylu. Przyjechałem tu prawie po trzydziestu latach od dnia, w którym stopił się reaktor nuklearny i rozsiał po okolicy radioaktywne atomy. Przez większość tego czasu miasto było opuszczone. Obecnie do zony wchodzą pracownicy, nie dłużej jednak niż na dwa tygodnie, ale nie dlatego, że jest zbyt radioaktywnie, powody są inne. Dłuższy pobyt najwyraźniej sprawia, że mają dziwne myśli. Jestem tu od czterech dni i zacząłem myśleć o kamieniach. Tak – kamieniach.
Kamienie wydają się wieczne. Wiem – to złudzenie. Góry podlegają erozji, skorupa ziemska roztapia się i łączy z płaszczem. Nie, kamienie oczywiście nie są trwałe, ale w skali ludzkiego życia – są. Ludzie uznawali ten fakt od tysięcy lat. Dlatego kamienie są ważne, Diamonds are forever.
Pomniki budujemy z kamienia, ponieważ przetrwają dłużej niż my. Dłużej niż praktycznie każdy inny materiał, który przyjdzie nam do głowy. Nasze współczesne budynki ze stali i szkła to po prostu kamień przetworzony przez naszą pomysłowość. Kamienie są jednocześnie użyteczne i symboliczne i wydaje się, że identyfikujemy się z nimi. Wykuwamy bohaterów w kamieniu, bo chcemy, by żyli wiecznie.
I pewnie takiej trwałości chcemy też dla siebie. Wydrapujemy nasze imiona w kamieniu, odciskamy stopy w świeżym betonie (skale stworzonej przez ludzi) lub do mostu przypinamy kłódkę w nadziei, że co cenne a nietrwałe zachowamy, zaklniemy w skałę. Pomniki, kolumny, mosty dają nam poczucie ciągłości, stabilności i że taki właśnie jest świat i przecież zawsze tak było.
Także gwiazdy są dla nas statyczne i wieczne. Pomagają nam utrzymać największe złudzenie – pomysł, że w jakiś sposób będziemy (lub chociaż część nas samych, świadomość czy dusza) już zawsze.
Jednak co z tego pozostaje, kiedy widzę, że nawet kamień nie jest tak wieczny, jak się wydaje? Tu w Czarnobylu myślę, że to zrozumiałe, że rozważam nie tylko trwałość kamieni, ale i ich rozkład, i, co za tym idzie, także koniec nasz, śmierć, i jak by wyglądał świat bez ludzi.
Najbardziej zbliżam się do wyobrażenia nicości, kiedy myślę o wszechświecie i w wyobraźni przewijam czas bardzo szybko do tyłu. Galaktyki ściskają się coraz bardziej, gwiazdy rozszerzają z powrotem w chmury gazu, potem wszystko staje się gorętsze i gęściejsze i zapada aż do momentu, w którym cały wszechświat mieści się w pokoju, kurczy się dalej, aż do jednego punktu i w końcu – nicość.
[                                                                                                   ]
Nie nicość przestrzeni pustej, ale nicość prawdziwa. Bez rozmiaru, bez czasu. Nicość tak całkowita, że nic nawet w niej nie brakuje, bo niby komu?
Tak właśnie rozumiem śmierć, ale kiedy formułuję tę myśl, wymyka mi się ona, znika, bo jak natura próżnię, umysł pędzi, aby tę nicość wypełnić. I ma to sens, bo hardware, którym żyję, tworzył się miliony lat, a jedynym wymogiem było, by regularnie i dokładnie tworzył kopie samego siebie. I w niczym by nie pomagało mu trafne symulowanie własnego nieistnienia.
Zamiast tego mamy więc powiedzonka typu YOLO. Mamy też sztukę. Na przykład rekin w zbiorniku formaldehydu. Poczucie śmiertelności słusznie wywołuje strach. Jak wtedy, kiedy pływam setki metrów od brzegu i woda pode mną głęboka, ciemna i widzę rekina.
Przeznaczenie prześladuje codziennie, choć na ogół nie dogłębnie. Częściej trywialnie, ignorowalnie. Stąd możliwe jest złudzenie, że jestem trwały jak kamień, zawsze byłem, zawsze będę. Zaprogramowany do wyparcia efemeryczny zbiór cząstek, który sam siebie ma za wieczny. Złudzenie jest pocieszające i ułatwia życie. Do szaleństwa doprowadza konfrontowanie się ciągłe z ostatecznym brakiem sensu wszystkiego.
Lecz złudzenie także osłabia, zwodzi i wprowadza fałszywe poczucie bezpieczeństwa, bierność. Jakby data ważności była odległa. Jutro też będzie dzień. Odkładam więc na później życie, którego naprawdę pragnę.
Moja wieczna dusza jest tchórzliwa, ponieważ każda porażka, wybaczona czy nie, pozostanie z nią na zawsze. Każdy wstyd, krzywda, rozczarowanie nie opuszczą jej. Odległe perspektywy sprawiają, że gra bezpiecznie. Chce dotrwać do następnego dnia, bo przecież jutro też będzie, przecież będzie.
Dlatego nicość mnie wyzwala, dodaje odwagi. Czeka tuż za rogiem i niczego w niej nie ma strasznego. Błędy i upokorzenia zapomniane. Zostaną kamienie, też nie na zawsze.
Mamy nikłe znaczenia w kosmicznym kontekście, ale tworzymy własne znaczenia codziennie, razem, nawzajem. Ta myśl prowadzi do działania, życia. Moje dni są policzone, nie wiem, jaka to liczba, ale skończona.
Notatka do siebie z Czarnobyla. Na lodówkę, do serca i w kąt oka: zajmij się tym, czego chcesz i co możesz. Tu i teraz. Kochaj. Nie zwlekaj. Czas ucieka.

 

Na podstawie Our greatest delusion Dereka Mullera z Veritasium.

5 thoughts on “Kamienie

  1. Notatka na lodówkę, do serca i w kąt oka:
    „Rób to co możesz, za pomocą tego co masz, tam gdzie jesteś”, i staraj się być szczęśliwym. Staraj się – tylko co, gdy sił już brak…?

    Odpowiedz

  2. „W relacji z innymi”. OK.
    Ale nie musi być w tej relacji „miłości” prawda? Przyjaźń, znajomości itp. Nie potrafię już „kochać”, chciałabym być szczęśliwym człowiekiem. Wiem, to już rozważania w relacji terapeuta – klient. Przepraszam. Pozdrawiam.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *